niedziela, 3 grudnia 2017

Come back

Zrób komuś dzień dobry.





Hej! Bardzo długo mnie tutaj nie było. Co niektórzy już myśleli, że zapadłam się pod ziemię, jednakże - żyję! Jest mi niesamowicie głupio z powodu tak długiej rozłąki z blogowaniem. Nie macie pojęcia, jak bardzo stresowałam się, żeby wejść tutaj po takiej przerwie. Co więcej, zapomniałam hasła i musiałam siłować się z odzyskiwaniem. Nie będę szukać wymówek, tłumaczyć się na siłę. Po prostu nie miałam motywacji żeby coś tutaj, dla Was napisać. Próbowałam w zasadzie kilkukrotnie przysiąść i stworzyć jakiś post, aczkolwiek dochodziłam do wniosku, że nie ma sensu na siłę szukać tematów. Brakowało mi tzw. weny twórczej, a pisanie byle czego, byle żeby było, mija się z celem.

Co nowego u mnie? W skrócie: żyję, pracuję, studiuję, Crohn dalej bywa nieznośny, a ja przez ten czas przytyłam dość sporo. Pociesza mnie jedynie fakt, że jak przyjdzie okres zaostrzenia choroby, z którym wiąże się chudnięcie w trybie natychmiastowym i nie przyswajanie żadnych składników odżywczych, to chociaż będę miała z czego zrzucać! Ale nie o tym dziś.




Mieszkanie w dużym mieście ma to do siebie, że codziennie mamy styczność z obcymi ludźmi. Jadąc tramwajem, stojąc w kolejce po przysłowiowe bułki, czy na przykład pracując w saloniku prasowym i spotykając każdego dnia nowe twarze. Dla wyjaśnienia - pracuję w sieci Inmedio, nie filozofując - w kiosku, w którym można znaleźć praktycznie wszystko. W zwykłych sytuacjach dnia codziennego, możemy spotkać naprawdę niezwykłych ludzi. 

Pan Boguś, bo o Nim teraz będzie mowa, jest człowiekiem po sześćdziesiątce, mieszka sam, bardzo dużo choruje i starcza mu na "kieliszek chleba" - jak twierdzi.
Poznałam go w saloniku prasowym, podobnież przychodził tu dość regularnie zanim jeszcze zaczęłam pracować. 

Odkąd zapoznaliśmy się, odwiedza mnie każdego dnia ok. godziny 11:00. Jest człowiekiem o wielkim sercu, bardzo empatyczny, potrafi mnie zrozumieć w zasadzie jak nikt inny. Pan Boguś sam choruje, jak już wcześniej wspomniałam. Ma problemy z krążeniem, wdaje mu się powoli martwica prawej nogi, przez co nie może spać w nocy, bo ból jest nie do opisania. 

Mimo, że ledwo chodzi - składa mi wizytę dzień w dzień. Od razu na wejściu pyta o to, jak się czuję. A, że ostatnio nie było kolorowo, bo ból kości biodrowej jest nie do opisania i też nie śpię po nocach, P. Boguś zostawił mi swoje leki przeciwbólowe. Zaczął się zamartwiać i kombinować, co mogłoby mi pomóc. Na kartce zapisał mi wszystkich specjalistów godnych polecenia wraz z numerami telefonów. Nawet narysował mi mapkę Gdańska i wyjaśnił, jak do nich dotrzeć! 

Dba o mnie, jakbym była Jego wnuczką. Nigdy nie przyjdzie z pustą ręką. Codziennie ma dla mnie jakąś niespodziankę. Czekoladę, mandarynki, cukierki, pączka - moje dodatkowe kilogramy to wszystko wina P.Bogusia! 


Oczywiście nie wykorzystuję tego. Nie jestem osobą, która tylko bierze, nie dając nic od siebie w zamian. Jak zostanie mi coś z wypłaty, bądź mam coś w mieszkaniu słodkiego, to pierwsze co - myślę o Bogusiu! 

Dziadziuś, którego poznałam, trafił kiedyś piątkę w lotto. Kwestia tego, że dalej ma nadzieje, że mu się uda. W zasadzie nie tyle jemu, co nam. Zawsze kupuje u mnie dwa losy na oddzielnych kuponach i każe mi wybierać, który sobie życzę. Twierdzi, że podzielilibyśmy się wygraną, a we dwoje zwiększamy swoje szanse. "Miałaby Pani na leki, ja tak samo. A może nawet zostałoby coś, żeby sobie gdzieś pojechać do ciepłych krajów"



Ze względów zdrowotnych muszę zwolnić się z pracy i wrócić do domu rodzinnego, żeby zrobić wszystkie badania, odwiedzić lekarzy. Myślę, że potrwa to ok. dwóch miesięcy, ale różnie może być. Gdy oznajmiłam to Bogusiowi to łzy napłynęły mu do oczu i się załamał. Że jak to, że skoro tak to on nie ma po co tu przychodzić przez ten czas. Dodatkowo bardzo się zmartwił o moją nogę, z którą mam problemy. Wziął ode mnie numer telefonu i stwierdził, że będzie dzwonił się dowiadywać, co u mnie słychać. 

Naprawdę niezwykłe, że poznajemy kogoś i z dnia na dzień ta osoba martwi się o nas bardziej, niż najbliżsi nam ludzie. Każdego dnia, mimo przeciwności losu, fatyguje się, żeby dowiedzieć się, jak się czujemy i żeby przynieść nam drugie śniadanie. 


Gdybym była zamknięta, niechętna do rozmowy, nie zaprzyjaźniłabym się z Bogusiem. Kto by pomyślał, że w tak wielkim mieście, znajdą się ludzie, przypadkowi ludzie, których będzie interesował nasz los. 

W pracy poznałam wielu ludzi, którzy codziennie witają mnie uśmiechem, pytają co u mnie, jak mija czas. Kobietki, którym odkładam książki pod ladę, jak tylko przyjdzie nowa dostawa, zawsze mnie uściskają i podziękują. Warto jest być życzliwym i zwyczajnie w świecie dobrym dla innych. Odwzajemniona radość - to chyba najbardziej lubię i to właśnie napełnia mnie szczęściem. 


Miałam w pracy taką sytuację, że Pani zapomniała wziąć reszty w postaci bodajże 10zł (o ile dobrze pamiętam, mniejsza o to). W między czasie, jak wychodziła zdążyła stworzyć się już kolejka. Zauważyłam, że pod paragonem leży banknot i byłam pewna, że należy do niej. Nie myślałam wtedy za wiele, wybiegłam szybko ze swojego kiosku, mówiąc że za moment wracam. Złapałam Panią i oddałam jej resztę. Była zaskoczona, bardzo mi dziękowała, a po powrocie do Inmedio, ktoś tam zaczął mi bić brawo. To było dość zabawne, speszyłam się i po chwili roześmiałam. Pan z kolejki rzucił, że nie jedna osoba, schowałaby sobie to do kieszeni. Może nie zbawiłam tym czynem świata, ale Pani nie wyglądała na zamożną. I właśnie te 10zł mogłoby ją zbawić. Dlatego - bądźmy bezinteresowni i miejmy oczy szeroko otwarte! Nawet w takich błahych sprawach, możemy komuś pomóc lub po prostu sprawić radość. 


Nie byłabym sobą, gdybym nie napomknęła o zbliżających się świętach, a co za tym idzie, byciu właśnie bezinteresownym! Na świecie jest bardzo dużo osób potrzebujących, chorych, samotnych. Zróbmy prezent komuś na święta i ofiarujmy jakiś grosik na cele charytatywne. Jeśli ktoś nie chce przelewać pieniędzy z różnych przyczyn, jest także wiele akcji, które mogą nie tylko komuś pomóc, ale również wywołać uśmiech na twarzy. M.in możemy wysłać kartkę świąteczną/list do chorych dzieci, co doda im sił i wsparcia w ciężkiej walce. TUTAJ
Przy niektórych sklepach spożywczych, co roku są prowadzone zbiórki produktów spożywczych oraz chemicznych dla biednych rodzin. Gdybyście coś takiego spotkali - zachęcam żebyście coś wrzucili. 
Kolejną akcją jest Szlachetna Paczka, o której zapewne każdy z Was już słyszał. Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się więcej na ten temat - odsyłam tutaj. 



Jeśli chodzi o kolejny post, pojawi on się dopiero po Nowym Roku. Dlatego przez ten czas możecie pisać w komentarzach, o czym chcielibyście poczytać, co Was interesuje. A może macie jakieś pytania? Śmiało! 

Z racji, że do świąt nie pojawi się już nic nowego to chciałabym Wam życzyć, żebyście byli szczęśliwi. Spełniali się, nie patrząc na innych. Żebyście byli zdrowi, duzi i uśmiechnięci! Spędzili święta w rodzinnym gronie, odłożyli wszelkie troski na bok i cieszyli się swoim towarzystwem.
Trzymajcie się ciepło!!! Buziaki!

piątek, 9 czerwca 2017

WARR;OR


Witajcie kochani.
Dziś chciałabym trochę napomknąć o mojej małej dziarce i w ten sposób nawiązać do tego, co na ten moment się u mnie dzieje.

Mam bardzo pozytywny stosunek do tatuaży, jednakże muszą one mieć jakieś drugie dno, coś znaczyć, przypominać nam o czymś. Nigdy nie zgodziłabym się na wpuszczenie sobie tuszu pod skórę, robiąc jakiś wzorek, który po prostu mi się podoba i później chodzić z nim całe życie. Dla mnie to trochę abstrakcja, bo z wiekiem zmienia nam się gust i robienie tatuaży bez większego sentymentu i głębszego znaczenia jest według mnie nieco niedorzeczne, ale to tylko i wyłącznie moja opinia.
Swój tatuaż zrobiłam ok. rok temu. Była to w pełni przemyślana decyzja. 


Warrior, jak większość Was zapewne wie, oznacza wojownika. Jest to nawiązanie do mojej nieuleczalnej choroby oraz do tego, z czym muszę się zmierzać na co dzień. To nie lada walka, którą muszę staczać ze swoim organizmem. Zamiast literki "i", jest wstawiony średnik. Nie jest on wstawiony bez powodu. Ma ukryte znaczenie. Średnik oznacza ludzi, którzy byli w depresji, popadli w załamanie przez swoje, życiowe problemy, ale udało im się odbić od dna. Tak też było ze mną. Kiedy dowiedziałam się o crohnie to brzmiało jak wyrok. Zamknęłam się w sobie, nie chciałam z nikim rozmawiać, przesypiałam całe dnie, nawet przez pewien czas chodziłam do psychologa. Nie potrafiłam zrozumieć, czemu to akurat spotkało mnie. Miałam przeróżne myśli, nawet te najgorsze. Ale wyszłam z tego. Pogodziłam się z tym i nauczyłam się normalnie żyć. Dziś, tatuaż na moim przedramieniu pomaga przetrwać mi te najgorsze chwile. Są momenty, w których mam ochotę już zejść z tego świata, powiedzieć "dość tego wszystkiego". W takich sytuacjach mój napis na ręku ratuje całą sytuację. Przecież jestem wojownikiem, mam średnik - odbiłam się od dna, nie mogę znów do tego doprowadzić. Muszę walczyć, bo inaczej nie byłabym godna chodzić z wyrytym napisem "warr;or".

Tatuaż również pomaga mi na ten moment. To, co się u mnie aktualnie dzieje to jakiś kabaret. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, czy śmiać się, czy płakać z bezsilności. 
W poprzednim poście, wspominałam Wam, że teraz moja choroba zaczęła atakować mi kości. Prawa noga tak okropnie boli, że powoli kuleję, w nocy nie mogę spać z bólu. Postanowiłam nie czekać i jechać do prywatnej kliniki, wykonać prześwietlenie kości. Pani przy rejestracji była nieco zaskoczona, że to ja umówiłam się na badanie. Dopytywała trzy razy, czy na pewno chodzi o mnie, bo przecież jestem taka młodziutka, a densytometrię (badanie gęstości kości) wykonuje się powyżej 60.roku życia. 
Idąc pod gabinety, gdzie lekarze wykonywali prześwietlenie, minęłam kilka starszych osób, starszych od moich dziadków. W głowie pojawiło się pytanie "Co ja tutaj robię? Przecież mam dopiero dwadzieścia lat..".
No cóż, ale jak boli to nie można bagatelizować sprawy. Badanie wykonane, otrzymałam od razu wyniki. Jak je zobaczyłam to nogi pode mną się ugięły. Diagnoza: osteopenia, początkowe stadium osteoporozy. Choroba kości, która dopada osoby po siedemdziesiątce. Byłam załamana. Od razu pojawiło się pełno myśli. Skoro teraz ledwo chodzę, to co będzie za rok, dwa? Kula, a później? Wózek? Chyba nikt nie chciałby takiego życia... A niestety, choroba się rozwija i lepiej już nie będzie. 
Wyniki mam i co teraz? Noga z każdym dniem boli coraz mocniej, żadne leki przeciwbólowe nie pomagają. Wizyta u mojej gastroenterolog dopiero koniec września. Szybko skontaktowałam się z kliniką, w której moja doktor przyjmuje prywatnie. Udało się mnie umówić i w środę byłam na wizycie. 
Poza nogą, od jakiegoś czasu pojawiły się również problemy jelitowe. Jak tylko zjem to od razu biegnę do toalety, ściska mnie w jelitach, aż mam pewnego rodzaju skurcze. Podczas wizyty u gastroenterolog padła decyzja o hospitalizacji i wykonania rutynowej kolonoskopii, bo ewidentnie coś zaczyna się dziać. Pani doktor chciała kłaść mnie na dniach, ale nie zgodziłam się, bo rodzice organizują swoją 25.rocznicę ślubu, a później jest Opener, na którego czekałam cały rok... Dogadałyśmy się, że na początku lipca od razu kładę się do MSWia, a do tego czasu dostanę sterydy, aby zahamować wszelkie objawy i zyskać na czasie. Dodatkowo dostałam silne leki przeciwbólowe z tramalem, które mają uśmierzyć ból nogi i dodatkowo nie zaszkodzić jelitom. 
Już po wyjściu z kliniki trochę byłam przybita. Sterydy, znowu pobyt w szpitalu i to w dodatku na same wakacje... No i przede wszystkim - coś znowu zaczyna się dziać w jelitach, a dopiero co niedawno miałam operację... Pani gastroenterolog podała mi swój numer prywatny, abym zadzwoniła do niej w czwartek i dowiedziała się, kiedy konkretnie mam się wstawić do szpitala. 
To, co usłyszałam w słuchawce, przybiło mnie podwójnie. "Musimy natychmiast kłaść panią do szpitala. Ten ból nogi może być spowodowany naciekiem z otrzewnej, co wiąże się z dużą ilością płynu, która uciska na nerw.. To może wskazywać na zapalenie otrzewnej. Nie chcę mieć później pani na sumieniu. Rozumiem, że ma pani ważne wydarzenia i chciałaby pani przedłużyć sobie czas, ale w tym wypadku chyba nie możemy tak postąpić. Przedyskutuję jeszcze w poniedziałek rano z panią profesor, kiedy ostatecznie widzimy się w szpitalu. Będziemy w kontakcie, do usłyszenia."
Zapalenie otrzewnej?! Przecież to jest stan zagrażający życiu. Już raz, prawie dostałam sepsy, teraz to... Historia lubi się powtarzać, tylko czemu akurat mi? Tuż po operacji, każdy myślał, że będzie już wszystko dobrze. No niestety, nie w tej chorobie. Tu wszystko może się zdarzyć. Mam dość szpitali, badań, igieł i wszystkiego, co z tym związane. Znowu miałam ochotę się poddać. Ale nie mogę. Nie jestem tchórzem tylko wojowniczką. Muszę walczyć. Co ma być to będzie, nic nie dzieje się bez powodu. 
Zebrałam się w sobie i przetrwam to. Jeśli będzie konieczna ponowna operacja, trudno. Człowiek jest w stanie wszystko znieść, a cierpienie buduje nasz charakter.
To już nudne, ale naprawdę chciałabym Wam napisać, abyście cieszyli się z życia i korzystali z niego na maksa. Ono jest takie nieprzewidywalne... Tak bardzo cieszyłam się z tegorocznych wakacji, rocznicy ślubu rodziców, Openera. I bum. Chyba trzeba będzie odsprzedać bilet. To takie przykre, ale zdrowie jest najważniejsze, pamiętajcie o tym.



Trzymajcie za mnie kciuki, aby wszystko jednak wyszło dobrze i żebym nie spędziła wakacji w szpitalu. 

Buziaki, bądźcie zdrowi i nie załamujcie się niczym. Walczcie dzielnie!!! :)))






sobota, 27 maja 2017

HIERARCHIA WARTOŚCI

Pamiętaj że wszystko, co uczynisz w życiu, zostawi jakiś ślad. Dlatego miej świadomość tego, co robisz.
Każdy z nas posiada komplet zasad, wartości oraz norm moralnych, które są życiowymi drogowskazami. Owe wartości pokazują, jakimi jesteśmy ludźmi a także, jak traktujemy drugiego człowieka. Sami kreujemy indywidualną hierarchię wartości poprzez ustanowienie priorytetów. Wystarczy postawić sobie pytanie: Co jest dla mnie najważniejsze? Niby banalne, ale po głębszym zastanowieniu się, nietrudno dojść do wniosku, że to wcale nie jest takie oczywiste. 

Duża część osób na to pytanie odpowiedziałaby - zdrowie, to ono jest najważniejsze i nie ma nic cenniejszego. To w pełni zrozumiałe, nie da się go kupić za żadne pieniądze. Aczkolwiek, wydaje mi się, że to nie jest do końca tak. Ludzie twierdzą, że zdrowie jest jedną z ważniejszych wartości, ale czy naprawdę w pełni je szanują? Komuś coś dolega, czy idzie od razu do lekarza przebadać się? Nie, bo po co? Samo przejdzie. Czasem nawet głupie przeziębienie może przerodzić się w coś poważnego. Bagatelizowanie różnych objawów, zwlekanie z wizytą u lekarza - takie zachowania wcale nie okazują zdrowia jako najważniejszej wartości. 

Tak samo dzieje się w innych przypadkach. Ludzie twierdzą, że szczerość, prawdomówność i lojalność to fundamenty całej struktury wartości, a przy pierwszej, lepszej okazji, kłamią jak z nut. Każdy z nas wymaga od drugiego człowieka wiarygodności oraz autentyczności, ale czy my sami, również dajemy to od siebie? Sama miałam styczność z ludźmi, którzy zarzekali się, że lojalność jest dla nich najważniejsza. Po czasie, okazało się, że nie znałam bardziej dwulicowych osób od nich. Twarzą w twarz ładnie, pięknie, a za plecami... wstrętne obgadywanie. Według mnie to mija się z wartością, jaką jest szczerość.

Moją główną podstawą w hierarchii wartości jest szacunek. Nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji, w której mogłabym potraktować kogoś jak śmiecia, bo nie ma pieniędzy. Dla mnie człowiek jest człowiekiem, niezależnie od sytuacji życiowej, statusu materialnego, wyglądu, czy czegokolwiek innego. Strasznie drażni mnie w ludziach, jeśli ktoś uważa się za lepszego, bo ma wygodne życie, dobrze płatną pracę i markowe ubrania. Najistotniejszy jest charakter człowieka, to co ma w środku, reszta to tylko dodatki, które nic nie znaczą. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć takiej zarozumiałości i chyba nigdy nie zrozumiem. 

Szacunek jako wartość, nie odnosi się tylko do drugiego człowieka, ale również do nas samych. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, era najróżniejszych aplikacji randkowych typu Tinder. Nie chcę nikogo urażać, ale dla mnie to obrzydliwe, jak można umawiać się z nieznajomym na przelotny seks. Jak można w ogóle, co tydzień chodzić z kimś innym do łóżka i to jeszcze z kimś, kogo praktycznie się nie zna. Albo podrywać zajętych facetów/kobiety, co gorsza, już zaobrączkowanych! Według mnie jest to kompletny brak szacunku do samego siebie oraz do swojego ciała. Najbardziej przykre jest to, że w dzisiejszych czasach jest to na porządku dziennym.

Jeśli chodzi o mój, własny szereg wartości to nie wyróżnia się on niczym szczególnym. Staram się po prostu żyć tak, aby być szczęśliwym człowiekiem, nie krzywdzić przy tym innych osób, pomagać potrzebującym i dawać ludziom radość. Wiadomo, że nie zawsze się to udaje. Każdy człowiek popełnia błędy, ale są to co najwyżej potknięcia, a nie notoryczne zachowania. 

Może to już nudne, bo piszę to po raz kolejny, ale doceniam każdą chwilę swojej egzystencji. Korzystam z życia, dopóki mogę w miarę normalnie funkcjonować. Zdrowie płata różne figle, zwłaszcza te moje zdrowie, ale to właśnie napędza do tego, aby cieszyć się z najmniejszych rzeczy. Przykładem może być nawet to, że mogę pozwolić sobie na zjedzenie czekolady, co w czasie zaostrzenia jest wykluczone. Dla innych może to być śmieszne, ale wyobraźcie sobie, że przez dłuuuugi okres nie możecie jeść nic słodkiego, doprawionego, smażonego i pieczonego. Aż w końcu nastaje moment, że przez chwilę czujecie się w porządku i zdrowie pozwala na zjedzenie batonika. Może to i durne, ale uwierzcie, że to naprawdę cudowne uczucie :)

Moja choroba to nie tylko kwestie jelitowe i żołądkowe to również niszczenie całego organizmu. Właśnie na ten moment Crohn daje mi się we znaki, bo rzuca mi się na kości, ból jest nie do wytrzymania. Znam osobiście kilka osób ok.25 roku życia, które także borykają się z tą chorobą i chodzą już przy kulach. Nie jest kolorowo, ale póki mogę to cieszę się z tego, że jeszcze mogę o własnych siłach chodzić, trochę potańczyć, czy poskakać. Staram się nie myśleć o tym, co będzie za X- czasu, chociaż naprawdę nie jest łatwo. Gdyby nie wsparcie mojego ukochanego, już dawno popadłabym w depresję. To dzięki Niemu odnajduję siłę do walki, żyję dniem dzisiejszym i nie martwię się na zapas. Daje mi ogromne szczęście, którym później ja, staram się zarażać ludzi dookoła.




Kochani, chciałam przeprosić za tak długą nieobecność. Sporo się u mnie działo ostatnimi czasy i przyznaję, że ciężko było mi znaleźć godzinkę, czy dwie, aby tutaj coś opublikować. Aczkolwiek(!), teraz postaram się wygospodarować sobie czas tak, by wpis pojawiał się mniej więcej raz w tygodniu. Mam nadzieję, że dotrwam w postanowieniu :) Chciałam również podziękować za wszystkie, pozytywne wiadomości, które otrzymałam. To niesamowite, jak wiele osób trzyma za mnie kciuki! Dziękuję :)))))) 

Poniżej zamieszczam zdjęcia z weekendowego pobytu w Częstochowie. Było cudownie, a Jasna Góra jest magicznym miejscem, które na samą myśl, wywołuje u mnie ciarki.












Piszcie koniecznie, co dla Was jest najważniejsze i co myślicie na temat mojego postrzegania świata :) Trzymajcie się ciepło, do następnego! 

środa, 12 kwietnia 2017

SZCZĘŚCIE

 Co Cię uszczęśliwia? Co kochasz robić? Czy jesteś szczęśliwy?

Będąc dwa miesiące temu w szpitalu, poznałam pewną kobietę. Leżała na łóżku tuż obok mnie. Przywieziono ją, kiedy ja powoli stawałam na nogi i uczyłam się chodzić na nowo. Okazało się, że chorujemy na tę samą chorobę i ona również miała akcję ratowania życia, tylko u niej przebiegało to w bardziej bezwzględny sposób. Los nie był dla niej taki łaskawy i nie udało uchronić się jej od stomii. Obudziła się mając przy sobie aż dwa worki (jeden od jelita cienkiego, drugi od grubego). Widziałam, jak bardzo cierpi z tego powodu. To musi być przeokropne uczucie, kiedy budzisz się rano, idziesz jak co dzień do pracy i nagle okazuje się, że jelita wariują, i choroba daje o sobie znać. Trafiasz do szpitala, pada decyzja o natychmiastowej operacji. Po wybudzeniu, okazuje się, że masz wyłonione jelita. Dodatkowo leżysz nago, bo nie masz ze sobą żadnych piżam ani dodatkowych rzeczy, bo najzwyczajniej w świecie nie byłaś na to przygotowana. Nikt nie wie, że leżysz w szpitalu i jesteś tuż po operacji, ponieważ wszystko tak szybko się działo, że nie było czasu, aby kogokolwiek poinformować. Straszne, prawda?


Nie chcę zdradzać imienia tej kobiety, dlatego nazwijmy ją Kasia. Kiedy zaczęła przyglądać się swojej stomii, miała łzy w oczach i zaczęła mówić, że chyba wolałaby umrzeć. To był jeden z pierwszych momentów po operacji, kiedy zaczęła rozmyślać nad swoim życiem. Kobieta, którą poznałam jest architektem budowlanym, dobrze jej się żyje, typ bizneswoman. Niejedna mogłaby jej pozazdrościć dorobku oraz kariery. Aczkolwiek pieniądze to nie wszystko. Zdrowia nie da się kupić, jak również miłości, czy wielu innych bezcennych uczuć, więzi.


Nastał wieczór, odwróciłam się głową do ściany i próbowałam zasnąć. Kasia zaczęła do mnie szeptać: Sandra, co Cię uszczęśliwia? Co kochasz robić? Trochę mnie zamurowało. Nigdy nikt nie zapytał mnie ot tak, co sprawia, że jestem szczęśliwa. Na początku myślałam, że może zaczęłam tracić rozum po wstrzykniętej morfinie i nawet nie zareagowałam. Ale po chwili znów usłyszałam pytanie: Sandra, jesteś szczęśliwa? Wtedy już wiedziałam, że wszystko ze mną w porządku i rzeczywiście, ktoś próbuje nawiązać ze mną rozmowę. Odwróciłam się i zaczęłyśmy dyskusję. Opowiedziałam Kasi, co uwielbiam robić, przy czym czuję się naprawdę spełniona. I wtedy ona uświadomiła mi, że mimo iż coś sprawia mi ogromną przyjemność, tak naprawdę nie rozwijam tego i zajmuję się zupełnie czymś innym. 


Dlaczego tak się dzieje? Czemu nie brniemy w coś, co daje nam satysfakcje i radość? Ograniczamy się, bojąc się opinii innych ludzi. Zważamy na to, co ktoś sobie pomyśli. Tylko... po co? Przecież Ci ludzie nie przeżyją za nas życia.


Jeszcze do niedawna sama żyłam pewnymi schematami. Od zawsze pragnęłam mieć bloga, wstawiać zdjęcia swoich codziennych stylizacji, pisać swoje przemyślenia na dany temat, ale nigdy nie miałam wystarczająco odwagi. Zawsze z tyłu głowy towarzyszyła mi myśl: "I tak nic z tego nie będzie, nikt nie będzie czytał twoich wypocin". Przyznam się szczerze, że bałam się reakcji ludzi. Bałam się tego, że zostanę wyśmiana. Z natury jestem bardzo wrażliwa, przejmuję się wszystkim, dlatego stwierdziłam, że nie ma sensu dokładać sobie zmartwień.


Kolejnym schematem, w którym pewien czas tkwiłam były studia ekonomiczne. Nie czułam się na nich dobrze. Byłam tam, bo byłam. Fakt, że bardzo się przykładałam i uczyłam, ale to nie było to. Nie czułam tego. Planowałam wziąć urlop dziekański, o którym już wcześniej wspominałam, ale po głębszych przemyśleniach zrezygnowałam. Chciałam kontynuować ekonomię, bo ludzie pomyśleliby, że zawaliłam, że nie poradziłam sobie. Mimo wszystko chciałam brnąć dalej, bo ambicja nie pozwalała mi, aby ktoś pomyślał w taki sposób. Z obecnego punktu widzenia, wydaje mi się to nadzwyczaj śmieszne. Nie wiem, jak mogłabym zrobić taką głupotę i zmarnować kilka lat swojego życia dla opinii innych ludzi.


Rozmowa z Kasią uświadomiła mi bardzo wiele. Zaczęłam inaczej postrzegać życie. To ja mam być szczęśliwa i czuć się spełniona. Jeśli nie wyrządzam tym nikomu krzywdy to powinnam realizować swoje pasje oraz marzenia. To my sami jesteśmy kowalami swojego losu. Sami wybieramy drogę, którą później będziemy iść. To wszystko od nas zależy, jak będzie wyglądać nasze życie. Nie pozwólcie nikomu się ograniczać, a także nie ograniczajcie siebie sami.


Jakiś czas temu dostrzegłam również pewną rzecz. Często miewałam sytuacje, w których potrzebowałam z kimś porozmawiać, pobyć w czyjejś obecności, wypić z kimś głupią herbatę. Kiedy dzwoniłam do niektórych osób, miały mnie po prostu gdzieś. Albo nie odbierały, albo nie interesowało ich to, albo miały dużo nauki, a tak naprawdę później okazywało się, że były sobie na imprezie. Miałam takich sytuacji multum. Zawsze machałam na to ręką, nie robiłam z tego żadnego problemu, nie jestem osobą konfliktową. 


Później sytuacje się odwracały. Te osoby potrzebowały ode mnie pomocy, bądź po prostu nie miały z kim wyjść, a nudziło im się w domu. Bardzo mnie to drażniło, ale zawsze dusiłam to w sobie i odpuszczałam. Pędziłam jak głupia z pomocą. Nawet, gdy nie miałam czasu to potrafiłam znaleźć dziesięć minut w ciągu dnia, bądź poprzekładać mniej ważne, zaplanowane rzeczy.


W końcu doszłam do wniosku, że koniec z tym. Nie będę więcej się poświęcać dla kogoś, kto nawet nie jest w stanie zapytać mnie, jak czuję się po operacji. Jeśli nie mam ochoty widzieć się z daną osobą to po prostu się z nią nie widzę. Kiedyś to było dla mnie nie do pomyślenia. Nie chciałam robić nikomu przykrości i zawsze przytakiwałam na propozycje spotkań. Teraz zaczęłam myśleć o sobie i o tym, że w tym czasie mogę robić rzeczy, które naprawdę mnie uszczęśliwiają. Szkoda marnować czas na spotkania, które są wymuszone i nie przynoszą nam żadnej radości, wręcz przeciwnie.


Założyłam bloga, którego zawsze pragnęłam i jestem szczęśliwa. Robię to, co lubię. Zrezygnowałam z ekonomii, ponieważ nie czułam tego. Od dawna marzyłam o własnym salonie piękności. Od października zaczynam kosmetologię i będę dążyć do tego, aby moje marzenie stało się rzeczywistością. Niezależnie od tego, co kto sobie pomyśli. W tym wszystkim to ja jestem najważniejsza i będę robić wszystko by być w pełni szczęśliwa.


Wracając do mojej kochanej Kasi. Zaczęła rozmyślać nad swoim życiem, ponieważ była w kluczowym momencie. Nagle świat się zatrzymał, tuż przed sobą miała śmierć, której uniknęła. Miała pieniądze, dobrze prosperującą firmę, ale co jej z tych dóbr materialnych? Była zapracowana, nie miała czasu aby spędzić chwilę z córkami, z mężem jej się nie ułożyło, zdrowie szwankowało. Dopiero wtedy zaczęła sobie uświadamiać, że przecież nie czuje się spełniona. Doszła do wniosku, że ma za sobą prawie pół życia, a nie robi nic, co by ją uszczęśliwiało. Pogoń za pieniądzem przysłoniła jej oczy. Dlatego próbowała wbić mi do głowy, żebym szła w kierunku swoich zainteresowań oraz pasji. Póki jeszcze jestem młoda i póki nie jest za późno. 


Zatrzymaj się na chwilę i pomyśl. Czy jesteś szczęśliwy? Czy robisz to, co kochasz? Czy rozwijasz swoje pasje? Życie jest naprawdę nieprzewidywalne i nie ma czasu, aby żyć jakkolwiek, byle jak. 


Czy ja jestem szczęśliwa? Mimo, że czasami bywają chwile zwątpienia, gorsze dni to jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. 


Fakt, jestem chora, ale to niczego nie zmienia. Nie mam pretensji do losu. Nie płaczę nad tym, dlaczego to właśnie mnie spotkało. Dzięki temu nabrałam więcej siły i pokory. Na własnej skórze doświadczyłam wiele bólu oraz cierpienia, te wszystkie przeżycia kształtują mój charakter. 
Doceniam każdą chwilę swojego życia, cieszę się z najmniejszych rzeczy. W końcu piękno tkwi w małych i prostych rzeczach, wystarczy je dostrzec. 


Miałam już nic nie dodawać do świąt, ale jednak. Kobieta zmienną jest. Poczułam nagły przypływ weny twórczej i stwierdziłam, że nie może się zmarnować! Mam nadzieję, że was nie zanudziłam.


płaszcz: H&M
bluza: Reserved
spódniczka: H&M
buty, torba: Świat obuwia Sandi


Dajcie koniecznie znać w komentarzach, jakie jest wasze zdanie na temat postrzegania szczęścia. Trzymajcie się ciepło i róbcie wszystko, abyście byli szczęśliwi :)

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

WIELKANOC | DODATKI | LIFESTYLE




Cześć Wam! Pozostał niecały tydzień do Wielkanocy. W wielu domach zapewne panuje chaos związany z przygotowaniami. U mnie widnieją już świąteczne akcenty, jest kolorowo i wiosennie. W sobotę razem z mamą robiłyśmy palmę z żywych kwiatów. Nie lubię gotowych, zwłaszcza tych sztucznych. Sądzę, że lepiej poświęcić chwilę i stworzyć coś własnoręcznie. Ponadto, satysfakcja gwarantowana! 

Byłam dziś odebrać wyniki badań z krwi. Jestem bardzo zaskoczona, ponieważ dawno nie były tak dobre! Nie ma żadnego stanu zapalnego, próby wątrobowe w normie, hemoglobina (o dziwo!) też. Cieszy mnie to niesamowicie, aczkolwiek jutro wybieram się na usg jamy brzusznej. Wyskoczyły mi jakieś guzy pod blizną, które są dość niepokojące i wolę to zbadać. 

Choroba, z którą się borykam kwalifikuje się do nadania niepełnosprawności, choć nie każdemu udaje się ją uzyskać. Mi się udało. Muszę się pochwalić, że przyznano mi umiarkowany stopień niepełnosprawności na okres 3 lat. Bardzo się cieszę z tego powodu, ponieważ z tego tytułu przysługuje mi zasiłek pielęgnacyjny. Nie są to duże pieniądze, aczkolwiek pokryje mi to część wydatków na leki, które są bardzo kosztowne. Planuję również ubiegać się o rentę, ale to w swoim czasie. 

Dziś zrobiłam mini zakupy z dodatkami do pokoju. Zamierzam odnowić nieco jego wygląd, dlatego zakupiłam kilka nowych drobiazgów. Poduszki dorwałam na promocji w Pepco, jedna kosztowała niecałe 10zł!
Aktualnie mój pokój jest w kolorystyce czerwieni, czerni oraz bieli. Zamierzam całkowicie wyeliminować czerwień. Po małej renowacji, mój pokój nabierze pastelowych barw. Myślę, że dzięki temu zrobi się przytulniej. Już nie mogę się doczekać, kiedy dotrze mój nowy narożnik i będę mogła sobie wszystko urządzić! 



Dzisiejszy dzień był bardzo zabiegany, miałam dużo spraw do pozałatwiania. Stąd też, mój look był bardzo wygodny. Buty na płaskiej podeszwie, torebka - worek, do której mieści się naprawdę dużo rzeczy, oraz ramoneska, którą w pośpiechu chwyciłam, wychodząc z domu. W zasadzie nic specjalnego, ale bardzo komfortowo się w tym czułam. 


kurtka: Zara
tshirt: Reserved
spodnie: Stradivarius
buty i torebka: Świat obuwia Sandi



Do świąt pewnie nie wrzucę już nic nowego, także chciałabym Wam życzyć radosnych świąt Wielkanocnych. Niech to będzie czas spędzony w rodzinnym gronie, z dala od telefonów i komputerów. Rozmawiajcie ze sobą i doceniajcie każdą chwilę, zanim będzie za późno. Trzymajcie się ciepło, buziaki!

sobota, 8 kwietnia 2017

WIOSENNIE | PLISOWANA SPÓDNICA | OPENER


Witajcie kochani! Dziś coś innego na blogu, a mianowicie mały look. Wiosna nadeszła, słońce razi w oczy, z dnia na dzień będzie robiło się coraz cieplej, to wszystko sprawia, że nie mogę przestać myśleć o nadchodzących wakacjach! Ten beztroski czas kojarzy mi się z festiwalami, roztrzepanymi włosami i naturalną twarzą bez żadnego makijażu. Pod koniec czerwca odbywa się Open'er Festival, który trzeba odwiedzić choć raz w swoim życiu. Wyróżnia się przede wszystkim niesamowitą atmosferą. Z myślą o nim, już zaczęłam zaopatrywać się w różne dodatki, jak na przykład plecaczek ze zdjęć. To super opcja do przechowywania rzeczy, jest to bardzo wygodne i co ważne efektowne! Stylizacja jest zainspirowana festiwalami, na których trzeba biegać między scenami, aby zdążyć na poszczególne koncerty, bądź po prostu dobrze się bawić! Wygodne buty umożliwiają skakanie, tańczenie i zabawę do białego rana bez odcisków na stopach, a plisowana spódnica daje swobodę poruszania się, jest bardzo przewiewna. Czapka dodatkowo ochroni naszą głowę przed słońcem oraz jest dopełnieniem outfitu. Na zdjęciach jestem całkowicie bez makijażu, bo taki właśnie był zamiar. 











czapka: h&m
kurtka: c&a
bluza: h&m
spódnica: allegro
plecaczek: allegro
buty: świat obuwia Sandi



Z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu taki ubiór, sama na co dzień preferuję nieco elegantszy styl, ale czasem fajnie założyć coś innego :) A Wy, co myślicie? :)
Całusy!!!
__________________________
SNAPCHAT: irrytacja
INSTAGRAM: irrytacja