poniedziałek, 6 marca 2017

Banalne, ale prawdziwe - dobro wraca.

Niesienie bezinteresownej pomocy drugiemu człowiekowi, czy istnieje coś piękniejszego na świecie?
Od zawsze byłam zdania, że warto pomagać. Nic nie daje mi tyle radości oraz satysfakcji, jak świadomość, że komuś dzięki moim uczynkom jest odrobinę lżej. Szczere pomaganie nie pozostaje bez echa. Dobro zawsze wraca. I do mnie to dobro również wróciło.

Życie bywa przewrotne. Nie zawsze jest tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Moje życie wywróciło się do góry nogami, kiedy w wieku 18 lat dowiedziałam się, że jestem poważnie chora. Na początku lekarze postawili jasną diagnozę - rak jelita grubego. Po wielu dodatkowych badaniach, pobraniu biopsji, okazało się, że byli w błędzie. Chciałoby się  napisać - całe szczęście, ale okazało się, że choruję na nieuleczaną chorobę jelit - chorobę Leśniowskiego Crohna. Tego paskudztwa nie da się wyleczyć, co najwyżej zaleczyć bardzo silnymi lekami, które dodatkowo obciążają żołądek i wątrobę. Jest to choroba autoimmunologiczna, traktuje mój organizm jak intruza i niszczy go powolutku z każdym dniem. Choroba niesie za sobą ogromny ból i cierpienie, ale pocieszającym faktem jest to, że dzieli się również na okres tzw. remisji, w której nie są odczuwalne żadne objawy. Taką remisję miałam przez rok, do teraz.

Jako studentka pierwszego roku, przekonałam się na własnej skórze, że studia są bardzo stresujące. Tuż po sesji zimowej, choroba dała o sobie znać ze zdwojoną siłą. Miałam tak silne bóle brzucha, że płakałam jak małe dziecko, jednocześnie gryząc palce z bólu. Jelita są wrażliwe na stres, stąd tak zaawansowany rzut choroby. Jestem pod stałą opieką gastroenterologów w Warszawie i los tak chciał, że akurat kilka dni później wypadała moja wizyta kontrolna. Żeby było ciekawiej, były to walentynki. Miał to być tylko pobyt dzienny, małe badania okresowe i jeszcze tego samego dnia powrót do Gdańska. Okazało się, że mój stan jest bardzo nieciekawy i zapadła natychmiastowa decyzja o pozostawieniu mnie w szpitalu na oddziale. Następnego dnia zlecono USG, które pokazało wiele, okropnych zmian w jelitach. Lekarz, który je wykonywał, wyjął telefon i zaczął robić zdjęcia ekranu urządzenia, gdyż jak to ujął: "jesteś fenomenem". Podobno nigdy nie widział aż tylu zmian (dziurawe jelito grube, przetoki, ropnie, zwężenia, przekrwienia) u jednego człowieka. Byłam przerażona. Jeszcze tego samego dnia poinformowano mnie, że konieczna jest operacja w trybie natychmiastowym. Okazało się, że część ropni popękała, stan zapalny jest tak rozległy, że mogę dostać sepsy i najzwyczajniej w świecie umrzeć. Jakby tego było mało, lekarz poinformował mnie, że operacja jest bardzo skomplikowana i będę miała stomię do końca życia. Gdyby ktoś nie wiedział, czym jest stomia - jest to kawałek wyłonionego jelita, które wystaje z brzucha. Do niego przyczepia się specjalne worki i w taki sposób człowiek się "wypróżnia". Załamałam się całkowicie. Rodzice pocieszali mnie, że lepiej żyć z workiem na brzuchu, niż umrzeć. Zgodziłam się na operację.
Po operacji powiedziano mi, że udało się uniknąć stomii. Chirurg, który skrócił moje jelita o 40cm, okazał się aniołem. Na własną odpowiedzialność oraz ryzyko, przeprowadził operację w inny sposób, niż była planowana. Stwierdził, że nie mógłby mnie skrzywdzić w tak młodym wieku. 

Pomoc drugiemu człowiekowi, który jest w potrzebie od zawsze była dla mnie bardzo ważna. Nie jestem obojętna na ludzką krzywdę i angażuję się w miarę możliwości w działania charytatywne. Dobro do mnie wróciło. Ze zdwojoną siłą. Gdyby nie wyznaczona wizyta kontrolna w szpitalu, nie pojechałabym tam. Zbagatelizowałabym ogromne bóle brzucha z nadzieją, że po jakimś czasie samo się unormuje. Los tak chciał, że wizyta przypadała akurat w dniach ostrego rzutu choroby. Gdyby nie to, mogłabym już nie żyć. Co więcej, miałam nosić stomię do końca życia... A wyszłam z tego cała, co najwyżej ze szwem na brzuchu. 

Warto angażować się w różne akcje charytatywne, które w większości przypadków ratują ludzkie życie. Nigdy nie wiadomo, kiedy to my będziemy potrzebowali pomocy. Życie jest niestety nieprzewidywalne i potrafi płatać figle. Karma wraca, pamiętaj :)



http://dobryklik.pl - jedno klikniecie, a może uratować ludzkie życie


22 komentarze:

  1. "dobrzy ludzie idą do nieba" :D
    fajna inicjatywa, czekam na więcej!
    dużo zdrówka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem w szoku po tym, co przeczytałam...
    Dużo zdrówka życzę i będę zaglądać tu częściej! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dużo zdrowia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, podziwiam.Dużo zdrowia!!:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Trzymaj się, dużo zdrowia,na pewno się przyda!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję! zdrowia nigdy nie za wiele :)

      Usuń
  6. Dokładnie, karma wraca i jeszcze będzie wracała ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Poruszający tekst. Nagle wszystkie inne "problemy" przestają mieć znaczenie. Silna jesteś i jeszcze więcej owej siły dla Ciebie :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Dużo dużo zdrówka:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Powodzenia, dużo zdrówka życzę

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo mądry post. Życzę przede wszystkim dużo zdrowia. Miałaś naprawdę wielkie szczęście <3 i oby było go tylko więcej <3

    OdpowiedzUsuń
  11. Oczywiście, że karma wraca.
    Od wielu lat równiez zmagam się z chorobą, i oprócz karmy w postaci dobrych rzeczy, które przydarzają nam się dzieki temu co robimy dla innych zauważyłam jeszcze jedną dziwną przawidłowość.
    Zło przytrafia nam się zawsze po to, żeby wyprowadzić z niego jeszcze większe dobro.
    Każda poznana w szpitalach osoba, każda chwila spędzona samotnie, każda wiadomość o pogorszeniu stanu - własnie to sprawia, że nie chcę zmarnować swojego życia, a wykorzystać ja najlepiej jak mogę, każdą chwilę.
    Życzę dużo zdrówka ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz całkowitą rację :) Zło potrafi nam wiele uświadomić. Nic nie dzieje się bez powodu, a każda chwila powinna być dla nas lekcją.
      Dziękuję i życzę również dużo zdrowia!

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad w postaci komentarza ♥